Panna Anna..
PANNA ANNA I INNE OBSERWACYE ŻYCIA
Życie odosobnione, zamknięte w sobie, ciągłe obracanie się w dziedzinie abstrakcyi staje się w końcu uciążliwe jak zamknięcie w klatce: świat widać wprawdzie, ale zawsze przez jakieś pałąki, kratę.
Zamknięcie jest dobrowolne, klatka olbrzymia. Mieści w sobie "ten" i "tamten" świat i wiele światów innych, wyobrażalnych, zamknięte w obrębie naszej czaszki. I gdy się to przypomni, że ma się go tak blizko, kiedy pocznie się myśleć o nim... zjawia się chęć... pójść gdzie do uczęszczanej cukierni na werendę, napić się czarnej kawy i popatrzyć na ruch uliczny i prawdziwe życie.
Wczoraj odwiedził mię jeden z dobrych, dawnych znajomych. Rozmawialiśmy o spirytyzmie, telepatyi i związanych nimi kwestyach.
On wierzy w nie, buduje teoryę nową, która wszystkie sprawy ma wytłomaczyć i zarazem zmienić zasadniczo nasze poglądy o świecie, naturze, człowieku, duszy, jej stosunku do ciała, oraz do świata zewnętrznego. Tłomaczył mi nowe pomysły, ale nie mogłem ich pojąć. Nie chciało mi się myśleć. Więc słuchałem go, paląc papierosa, a wkońcu udawałem tylko, że słucham, myśląc o czem innem.
Wiem z góry, że nie trafię z nim do ładu — zbyt jest zapalony, idee jego zbyt utrwaliły mu się w głowie w tej postaci w jakiej je wypowiada. Zmienić się nie mogą, bo się już za bardzo urobiły.
Zazwyczaj więc pozwalam mu wygadać się do dna, odzywając się tylko o tyle, aby nie przedłużać rozprawy.
Czasem jednak, kiedy mi nie uda się postawić parawanu między nim, a sobą, słowa jego mimo mej chęci, niby obce ciało, jakoś głębiej wchodzą mi do głowy. Wtedy męczą, a nawet drażnią w sposób dość przykry.
Ale po za tem rozumiemy się dosyć nie źle. Natury nasze są mniej więcej podobne, chociaż życie, a właściwie nauka, rodzaj wykształcenia, dały nam bardzo różniące się skorupy, których już nie możemy zmienić.
A te nie przystają do siebie.
Pod wieczór wyszliśmy na miasto, na czarną kawę, w aleje.
Osób dużo, dużo kobiet, na werendach pełno— drzew, eleganckie powozy — wszystko to zwyczajne i dosyć nudne, a właściwie dosyć przyjemne, jeżeli nie ma się Bóg wie jakich wymagań. Można wtedy przesiedzieć parę godzin na otwartem powietrzu odpocząć (?) przejrzeć wieczorne gazdy, pogadać z tym lub owym i pójść wreszcie spać, zjadłszy przedtem w restauracyi zwykłą kolacyę.
Dosyć to przykra rzecz przez całe dwa miesiące siedzieć nad rozwiązaniem trudności i wkońcu dojść do przekonania, że przezwyciężyć się nie daje.
Nie jest to jednak tak straszne. Do niemożliwości przyzwyczaić się można i trzeba, bo wtedy staje się ona światem odległym tak, że myśl o niemożliwości dostania się do niego nie tylko nie trapi, ale staje się przyjemną, nabiera pewnego uroku. Przekonywa nas, że jednak ów świat, w którym żyjemy, nie jest obitą ze wszystkich stron, ograniczoną skrzynią, duszną, ciasną, w której za n lat wszystko wreszcie będzie poznane i człowiek jak dwa razy dwa będzie wiedział czem jest, na co istnieje, dokąd dąży, jak jest zbudowany, czem jest jego dusza, dlaczego księżyc nie obraca się prędzej, co stanie się z człowiekiem po śmierci i t. d. i t. d. Z po za nierozwiązanego zadania zawsze mniej lub więcej błyszczy oddalona nadzieja, że kiedyś, kiedyś, wkońcu, kiedy wreszcie wszystko zbliży się do ostatecznego swego celu, ze wszystkich zagadek spadną jednocześnie wszelkie zasłony i wtedy będzie dobrze: nastąpi jakieś niebo albo może wszystko zakończy się wspaniałą apoteozą niby w Fauście lub panu Twardow skim. Kiedy apoteoza dojdzie do końca i skończy się szczęśliwie, niewidzialne duchy poczną gasić światła — gwiazdy, słońca — i wtedy wszyscy zadowoleni, ubawieni, wiedzący wszystko, pójdziemy spać — ale tym razem już naprawdę i na zawsze.